12 mar 2014

23 Comments

Zapraszam do Piekła..




Opowiem Wam pewną historię i dzięki temu dowiecie się, dlaczego lubię książki Browna z Robertem Langdonem w roli głównej.

Kilka lat temu wyjechałem do Włoch na wakacje. Byłem młodym szczylem, rodzice postanowili, że wyślą mnie na kolonie. Padło na Włochy, bo kultura, bo starożytność, bo trzeba coś w życiu zwiedzić. Wtedy byłem pasjonatem historii, lekko zagubionym i nieśmiałym, więc taka wyprawa była wówczas przygodą życia. Mieszkaliśmy w ośrodku wczasowym na Morzem Adriatyckim, pięćdziesiąt metrów od plaży, słońce, piasek, ciepła woda. 

 

                   Mieliśmy zorganizowane dwie wycieczki. 

Pierwsza do Rzymu. 

Pobudka o trzeciej nad ranem, spakować niezbędne rzeczy, odpowiedni strój do Watykanu, kanapki i heja do autobusu. Podróż czterogodzinna, zawitaliśmy do wiecznego miasta wczesnym rankiem, lekko zaspani i zmęczeni. Pierwsze odczucia? To miasto ma duszę, ono żyję. Gwar ludzkich głosów, furkotu skuterów, spaliny samochodów. Drugie odczucie? Niesamowicie upalnie, była siódma rano, termometry wskazywały trzydzieści dwa stopnie w skali Celsjusza. 

 Nasza trasa wyglądała mniej więcej tak: Zamek świętego Anioła --> Watykan --> Piazza Navona  --> Fontanna di Trevi --> Schody Hiszpańskie --> Panteon --> Forum Romanum --> Koloseum. Nie wspomnę o masie kościołów, rzeźb, kamienic, obelisków, które widzieliśmy tamtego dnia, a których nazw nie pamiętam.  Nie będę opisywał wszystkich zabytków, moich odczuć czy też spostrzeżeń – to trzeba zobaczyć. Powiem tylko, że Bazylikę świętego Piotra trzeba odwiedzić, to zupełnie inna budowla na żywo, od tej, którą widzimy w telewizji czy filmach. 

Po ośmiu dniach wróciłem do domu i wpadłem w niewesoły sentymentalizm. Przecież ja tego drugiego raz nie obejrzę, zostaną wspomnienia, zdjęcia. Nie zjem już tamtejszych owoców, nie zasmakuję w prawdziwych włoskich lodach. I po kilku tygodniach zobaczyłem książkę Dana Browna „Anioły i Demony”. Kupiłem bez wahania, przeczytałem w dwa dni. W tym miejscu, gdybym mógł, podziękowałbym autorowi osobiście za to, że przywrócił moje wspomnienia, przypomniał zapomniane, odświeżył zakurzone. Opisał zabytki jako żywe twory, uświadomił mi, że widziałem pamięć czasów minionych, przecież te dzieła tworzyli Michał Anioł czy Bernini! To dlatego czytam książki Browna z wypiekami na twarzy i nie mogę się doczekać co będzie na następnej kartce. Może i nie jestem obiektywny, ale czemu miałbym taki być?

Wczoraj skończyłem „Inferno”.

Robert Langdon, przystojny elegancki mężczyzna w odprasowanym i ewidentnie drogim, szytym na miarę garniturze, do tego wypowiadający się z niezwykłą błyskotliwością i pasją, z zegarkiem z postacią Myszki Mickey na ręce, tym razem budzi się we florenckim szpitalu, z dwudniową amnezją, i raną postrzałową z tyłu głowy. Za towarzyszkę ma tajemniczą lekarkę Sienne Brook, i tym razem to on jest zwierzyną, to on musi uciekać, zdecydować kto jest sprzymierzeńcem, a kto śmiertelnym wrogiem.

Tym razem Brown zostawia w spokoju Watykan, kościół i prowadzi nas do hm.. miejsca totalnie skrajnego, do samego piekła, miejsca skąd pochodził Dante Alighieri, autor „Boskiej komedii”. Chyba każdy z nas za to wyjątkowe dzieło, a jego pierwsza część „Inferno” czyli Piekło, najbardziej straszna i przerażająca, pokazuje drogę Autora przez dziewięć kręgów piekielnych, w których pokutują grzesznicy za wszystkie swoje grzechy. Ich męki i cierpienia zostały tak ukazane, by przestrzec czytelników przed popełnieniem tych samych czynów, inaczej, skończą tak samo jak oni. I właśnie wokół tego monumentalnego dzieła toczy się akcja najnowszej książki Browna. Langdon kluczy między jedną wskazówką, a drugą, biega po Florencji i Wenecji od jednego zabytku do drugiego.

Brown ma specyficzny styl pisarski, nie daje odetchnąć czytelnikowi ani na chwilę, akcja goni akcję, wszystko jest dopracowane do najmniejszego szczegółu. Jest coś wyjątkowe w jego lekturach, a mianowicie, największe zwroty akcji nie są spektakularnymi akcjami głównego bohatera, który przy okazji zdemoluje pół miasta i wybije tuzin swoich przeciwników. Nie. Zwroty akcji to wykłady Roberta. On nas uczy i uświadamia gdzie popełniliśmy błąd w rozumowaniu, pokazuje jak należało spojrzeć. Opisuje budynek, rzeźbę, obraz w sposób przystępny dla zwykłego, nie interesującego się sztuką czytelnika. Jego książki są nazywane „Książkami lotniskowymi” lub „lekturą podróżną” co znaczy, że najlepiej się je czyta w pociągu czy samolocie. Ale czy to źle? Brown nigdy nie aspirował do miana pisarza wybitnego, którego będą wielbić miliony. W poprzednich częściach mieliśmy mało ważne problemy naukowego świata, zawarte w mistycznych organizacjach, książkach, Brown stawiał kontrowersyjne tezy, popierał je często wyimaginowanymi hipotezami. Teraz jest inaczej. W fabułę wplątał problem niezwykle ważny dla każdego z nas. Tym razem świat stoi w obliczu niezwykle groźnego niebezpieczeństwa, które jest tykającą bombą z opóźnionym zapłonem. 

Byłem we Florencji. Byłem w Wenecji. Widziałem maskę Dantego, widziałem „Mapę Piekieł” Botticellego, dzwonnice Giotta, Pałac Vecchio, Pałac Medyceuszy, Bazylikę świętego Marka, Plac świętego Marka, Pałac Dożów, Most Westchnień. Po tylu latach, gdy sięgnąłem po „Inferno”, zapomniane wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Mam obraz tego co się dzieje w książce, widzę jak Langdon wkrada się do Palazzo Vecchio,  ogląda maskę Dantego, a następnie ją.. Okej, bez spojlerów. Znów przeżywam to samo, wracam do ukrytych wspomnień, które zostaną u mnie na zawsze, i znów chciałbym podziękować autorowi za możliwość kolejnej wędrówki po Włoszech,  już myślałem, że do nich nie wrócę.

Język autora nadal jest gładki i lekki, przystępny dla każdego. Nie mamy tu naukowych określeń ani specjalistycznych nazewnictw. Wszystko jest tak skonstruowane, by każdy mógł tę książkę przeczytać i ją zrozumieć. Owszem, nie brakuje jej wad, jest schematyczna, która moim zdaniem jest największą bolączką autora. Znów mamy Langdona uwikłanego w tajemniczy spisek, realne zagrożenie też mamy, piękną kobietę u boku profesora też znajdziemy, psychopatycznego miliardera z przerażającą wizją przyszłego świata również uświadczymy. Jednak mi to nie przeszkadza, książka pochłania, jest napisana takim stylem, że każdy powinien dać się wciągnąć w magiczny świat Roberta. 

A zakończenie? Moim zdaniem najlepsze ze wszystkich książek, i nie chodzi tu o rozwiązanie fabuły i akcji, finałowe rozrachunek kto jest tak naprawdę dobry, a kto zły. 

 Urok tej książki polega na tym, że gdy ją już skończymy, zamkniemy, to posiedzimy/poleżymy przez kilka chwil w tej samej pozycji, zastanawiając się nad zagrożeniami dzisiejszego świata i czy owo zagrożenie opisane przez Browna nie jest aby najbardziej realne? Mentalnie przez te 591 stron jesteśmy przygotowywani na sformułowanie odpowiedzi na to pytanie, jednakże..

„Naszej cywilizacji grozi zagłada, i to rychła, o ile nie dojdzie do drastycznych zmian.. Obliczeń nie da się podważyć.”

Wydawnictwo
Wydawnictwo Sonia Draga

Data wydania
9 października 2013

Liczba stron
592

Ocena
7/10