• Recenzje

    Nie boję się skrytykować beznadziejnej książki, chwalę dobrze napisane. Jestem subiektywny, nie piszę pod publikę.

  • Felietony

    Relacje z wydarzeń, porady dla początkujących i moje własne przemyślenia na temat blogosfery.

  • Gry

    Gry planszowe i karciane traktuję tak samo jak książki. To świetna alternatywa na nudne wieczory, czy spotkania z przyjaciółmi.

  • Sztuka

    Sztuka ciągle pojawia się w moim życiu pod różnymi postaciami. Chcę ją pokazać Wam w subiektywnym świetle, jednocześnie obnażając najdziwniejsze pomysły na dzieło sztuki.

23 lut 2015

0

Uwikłany Miłoszewski


W Polsce nie pisze się kryminałów. Albo inaczej. W Polsce nie pisze się dobrych kryminałów. Sprzedają się pozycje z zakresu tak zwanej literatury kobiecej, powieści historyczne, biografie, poradniki, książki dla dzieci i młodzieży, od biedy fantastyka. Nie mieliśmy dobrych i dojrzałych pisarzy specjalizujących się w zagadkowych morderstwach i umiejętnym kreowaniu specyficznych postaci. Z Zygmuntem Miłoszewskim było tak, że najpierw docenili go za granicami Polski, a dopiero w jego rodzimym kraju. Trochę to dziwne, prawda? Jednak gdy już sława autora do nas zawitała rozkręciła się na tyle, że Miłoszewski stał się prawdziwym, pisarskim fenomenem. Ludzie na całym świecie zachwycają się Poirotem, Holmesem czy detektywami ze Skandynawii, a my mamy prokuratora Teodora Szackiego.  Trup to nieodłączny element każdej kryminalnej historii. Uwikłanie rozpoczyna się dość sennie i jednostajnie, jednak po kilku stronach na scenę wkracza policja, i oczywiście Szacki. Trup z rożnem w oku to nietypowa sprawa, zwłaszcza, gdy wszyscy wokół mówią o samobójstwie. Czy ktokolwiek byłby zdolnej do takiego zakończenia swojego żywota? Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa kontrowersyjna metoda ustawień, wykorzystywana przez psychologów i psychiatrów podczas sesji ze swoimi pacjentami? I wreszcie, czy Szacki okaże się na tyle błyskotliwy i uważny, by rozwiązać tę zagadkę? Czterech podejrzanych i jeden trup. Kto z nich jest mordercą?  Przyznam szczerze, że fabuła Uwikłania daje niewiele możliwości na wykazanie się autorowi w kryminalnych aspektach książki. Zakres potencjalnych morderców jest ściśle zawężone, zbrodnia również jest oczywista, a następne poszlaki sprawią, że zagadkowe morderstwo może okazać się łatwe do rozwiązania. Spytanie, o czym ta książka w takim razie jest? Miłoszewski ma jeden niezwykły dar, który niezwykle mocno cenię u naszych polskich twórców.   Mianowicie, potrafi on opisywać wszystko dookoła w niezwykły plastyczny i przystępny sposób. Uwikłanie to nie tylko opowieść o morderstwie i śledztwie prokuratora: znajdziemy tutaj wątki społeczne, polityczne, a nawet mafijne i peerelowskie. Wszystko się ze sobą przeplata i do końca nie wiadomo czy ma ze sobą coś wspólnego. Najbardziej spodobał mi się wątek dziennikarki Moniki i niejakiego szefa – to po prostu odskocznie od morderstwa i można poczytać o czymś innym.  W Uwikłaniu nie dzieje się zbyt wiele. Akcja toczy się leniwie i powoli. Nie następują żadne kolejne morderstwa, nikt nie grozi wybuchem bomby atomowej, nikt nikogo nie ściga, nikt do nikogo nie strzela. Trochę nudy możecie powiedzieć i faktycznie, czasami akcja znacząco zwalnia, by Szacki lub autor mogli dać upust swoim przemyśleniom i niektóre karty książki są po prostu zbyteczne. Kryminał Miłoszewskiego jest tworem specyficznym, bo nie traktuje stricte o morderstwie. To opowieść o prokuratorze i jego pracy, życiu. To nie morderstwo i podejrzani grają pierwsze skrzypce, ale właśnie Szacki, który mimo swoich trzydziestu pięciu lat marzy o przeszłości, która już nie wróci. Facet jest po prostu rozdarty i żałuje niektórych swoich decyzji, których nie może już zmienić. Jednak takie fragmenty nie są nudne, o co to to nie! Miłoszewski pisze jak facet i nie rozczula się nad swoim głównym bohaterem (dzięki Bogu!)   Zgrzyta znikomy ruch na kartach całej opowieści, zwłaszcza początek wydaje się długi i nudnawy. Oczywiście musimy wtedy poznać wszystkich podejrzanych, potencjalne motywy zabójstwa i różne domniemania organów śledczych. Można powiedzieć, że poznajemy prace prokuratora od podszewki, przy okazji dowiemy się co można znaleźć w archiwach IPN-u i na czym polega ta tajemnicza i kontrowersyjna jednocześnie metoda ustawień. Sporo wątków i to one tak naprawdę pchają całą fabułę do przodu, bo gdyby nie one, nie działoby się nic. Owszem, można wywnioskować, że Miłoszewski wiedział co robi i co chce napisać, jednak taki styl pisania nie trafi do każdego czytelnika.   Nie wszyscy wiedzą, że powstał film na podstawie Uwikłania o tym samym tytule. Tę kwestie może przemilczę, bo film nie nadaje się czegokolwiek, nie mówiąc o oglądaniu. Można powiedzieć, że Miłoszewski odniósł spektakularny sukces na naszym rynku – świetnie przyjęta trylogia, film na podstawie drugiej części z gwiazdami polskiego kina. Rzecz niespotykana, zwłaszcza z zakresu literatury kryminalnej. Można powiedzieć, że Polska nie tylko Wiedźminem i Grocholą słynie.  Uwikłanie nie jest książką najlepszą ani idealną. To bardzo dobrze napisana powieść o pewnym prokuratorze, który jest człowiekiem z krwi i kości. Każdy z nas może doszukać się w nim pewnch cech wspólnych. Miłoszewski nadał mu wyrazistej polskości, która tkwi w każdym z nas, i jak każdy nas tak i Szacki ma swoje własne przemyślenia na temat ojczyzny. Cała opowieść jest na wskroś polska. I chyba w tym tkwi jej tajemnica sukcesu. Na brawa zasługują zwłaszcza krótkie notki na początku każdego rozdziału, czyli co działo się w Polsce właśnie w tamtym dniu. Miło powspominać co działo się w naszym kraju 10 lat temu, przy okazji dowiadując się czegoś nowego. Miłoszewski osadza swoich bohaterów w realnym świecie, przez co czujemy do nich większą sympatię – muszą żyć w takich samych warunkach jak i my, więc jeszcze bardziej z nimi się utożsamiamy.  Kończąc muszę powiedzieć, że Miłoszewski również i mną zawładnął i na pewno przeczytam kolejne dwie części przygód prokuratora Szackiego. Uwikłanie nie jest kryminałem idealnym, ale jednym z lepszych na polskim rynku i każdy fan gatunku powinien sięgnąć po trylogię Miłoszewskiego. Dostaniecie zagadkową sprawę, wyrazistego głównego bohatera i oczywiście polskość taką jaką znamy z własnego życia. To wszystko sprawia, że kupicie książkę na wskroś polską, ale i bardzo dobrze napisaną. Czego chcieć więcej?
W Polsce nie pisze się kryminałów. Albo inaczej. W Polsce nie pisze się dobrych kryminałów. Sprzedają się pozycje z zakresu tak zwanej literatury kobiecej, powieści historyczne, biografie, poradniki, książki dla dzieci i młodzieży, od biedy fantastyka. Nie mieliśmy dobrych i dojrzałych pisarzy specjalizujących się w zagadkowych morderstwach i umiejętnym kreowaniu specyficznych postaci. Z Zygmuntem Miłoszewskim było tak, że najpierw docenili go za granicami Polski, a dopiero w jego rodzimym kraju. Trochę to dziwne, prawda? Jednak gdy już sława autora do nas zawitała rozkręciła się na tyle, że Miłoszewski stał się prawdziwym, pisarskim fenomenem. Ludzie na całym świecie zachwycają się Poirotem, Holmesem czy detektywami ze Skandynawii, a my mamy prokuratora Teodora Szackiego.

21 lut 2015

0

Przyszłość. Jaka jest? Jaka będzie?


 Czy zdarzyło się Wam kiedyś rozmyślać jak to będzie za, powiedzmy, 50 lat? Wybaczcie to pytanie retoryczne, jednak jest ono niezbędne podczas czytania tej recenzji. Trzydzieści lat temu duża część ludzi nie wiedziała co to komputer, a o komórkach nawet nie mogli marzyć. Technika daje nieograniczone możliwości, zwłaszcza widać to przy różnych porównywaniach superkomputerów sprzed lat, a tych dzisiejszych, których moc zwykłemu człowieku nie mieści się w głowie. Technika jako taka i jej szybki postęp była wielokrotnie eksploatowana w powieściach i filmach z gatunku science-fiction. No właśnie, pojęcie fiction staje się ciut innym pojęciem niż kiedyś. Teraz ta fikcja za parę lat może stać się kompletną rzeczywistością – w następnym dziesięcioleciu będziemy całkowicie zależni od urządzeń teleinformatycznych.   David Edelman w swojej książce Multirzeczywistość, która jest drugą częścią cyklu Skok 225 opisuje przyszłość. Bardzo smutną i przygnębiającą przyszłość, w której człowieczeństwo ustępuje technice, a forma ludzka traci na znaczeniu. W tym wszystkim odnajdujemy Natcha, głównego bohatera powieści. Akcja Multirzeczywistości zaczyna się zaraz po części pierwszej czyli Infoszoku – Rada, która nie zgadza się na wdrożenie programu Multirzeczywistość , poluje na wszystkich, którzy jej się sprzeciwiają. Powód jest prosty – władza, która jest tak pożądana, należy się tylko i wyłącznie Radzie. Radzie, która użyje wszystkich środków, by zrealizować każdy plan.  Edelman zadbał o czytelników, którzy nie czytali części pierwszej, a swoją przygodę z Natchem rozpoczynają od Multirzeczywistości. Obszerny Dodatek A wyjaśnia wszystko co działo się w poprzedniczce i muszę przyznać, że jest to streszczone w najwłaściwszy z możliwych sposobów – wszystko od razu będzie jasne i przejrzyste i z przyjemnością będziecie mogli się oddać właściwej lekturze.  Powiem od razu – Multirzeczywistość cierpi na syndrom części drugiej i widać to już na pierwszych kartach książki. Elektryzujący koniec poprzedniczki zmusza autora do zwolnienia tempa i dania czytelnikowi odsapnąć. Tym oto sposobem dostajemy nudny i rozwleczony początek powieści, w którym dzieje się prawie nic i ciężko w nim doszukiwać się dobrych aspektów. Cała fabuła jak i struktura powieści wygląda jak typowe kino akcji: zwolenienie akcji, nagły zwrot akcji, pościci, ucieczki, strzelaniny wybuchy, po czym znów zwolnienie do niemożliwie niskiego tempa i od początku to samo. Rozumiem, że Edelman chciał podawać nam poszczególne emocje w odpowiednich dawkach, ale przez ten zabieg czytelnik dąży tylko do tych co ciekawszych fragmentów, ignorując te nudniejsze. Efekt jest taki, że kilkanaście stron powieści może być zwyczajnie pominiętych.  Na plus zasługuje kreacja bohaterów. Proste i ludzkie charaktery, które w otaczającej technice i jej możliwościach odnajdują czas na czyste emocje. Natch potrafi zirytować do granic możliwości i wkurzyć czytelnika do tego stopnia, że kilka razy chciałem nawrzeszczeć na niego, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że to przecież postać fikcyjna. Mangan Lee to specyficzna postać, która niejako pcha całą fabułę do przodu, zyskując miano głównego bohatera. O ile Natcha dopadają różnorakie rozterki i daje się ponieść emocjom, Lee jest jego totalnym przeciwieństwem. A jak wszyscy wiemy, przeciwieństwa się przyciągają.. i uzupełniają.  Powieści z zakresu sci-fi mają to do siebie, że opisują często wymyślone światy, w które autor musi wprowadzić swojego czytelnika, tak by ten zrozumiał o co w tym wszystkim chodzi. Można uznać, że Edelman nie zdradził nam wszystkiego w poprzedniej części i chce to nadrobić w Multirzeczywstości. Efektem tego są przydługie opisy poszczególnych elemnentów, służące bardzo często jako przerywniki w opisywanej akcji i poczynaniach naszych bohaterów. Zabieg wymuszony i oczywisty, jednak nie każdemu przypadnie do gustu.  Jednak to co najlepsze, to oczywista refleksja, jaka nasuwa się po przeczytaniu ostatniej strony książki. Nieczęsto czytam książki sci-fi i nie mogę Wam powiedzieć, czy po każdej lekturze tak jest, jednak puenta jest jednoznaczna. Można postawić pytanie retoryczne, do czego dązy ludzkość, jaka jest jej przyszłość. W pespektywie tego, co zaprezentował Edelman nie rysuje się ona z kolorowych barwach. Już teraz jesteśmy uzależnieni od komputerów i komórek, chociaż czasem nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nawet prognozy pogody muszą korzystać z dobrodziejstw techniki, nie wspominając o szpitalach, służbach mundurowych czy szkołach. Z każdym kolejnym rokiem jesteśmy zalewani różnymi nowościami mniej lub bardziej przydatnymi, jednak sceptycy widzą w tym wszystkim przyszłe pokolenia, które zatracą swoje człowieczeństwo. Ciężko cokolwiek przewidzieć, jednak jedno jest pewne – technika i jej postęp będzie coraz częściej obecna w naszym życiu.   Ocena? Ciężko polecić Multirzeczywistość konkretnej grupie odbiorców. Fani gatunku będą usatysfakcjonowani, jednak rozwleczona akcja i niezbyt oryginalna fabuła może odstraszyć zwykłego czytelnika, który chce poczytać coś innego niż zwykle. Powieść Edelmana jest napisana poprawnie i składnie, jednak nie zachwyca i nie wzbudza większej dawki emocji. Jest to po prostu książka dobra i na tym poprzestanę.Czy zdarzyło się Wam kiedyś rozmyślać jak to będzie za, powiedzmy, 50 lat? Wybaczcie to pytanie retoryczne, jednak jest ono niezbędne podczas czytania tej recenzji. Trzydzieści lat temu duża część ludzi nie wiedziała co to komputer, a o komórkach nawet nie mogli marzyć. Technika daje nieograniczone możliwości, zwłaszcza widać to przy różnych porównywaniach superkomputerów sprzed lat, a tych dzisiejszych, których moc zwykłemu człowieku nie mieści się w głowie. Technika jako taka i jej szybki postęp była wielokrotnie eksploatowana w powieściach i filmach z gatunku science-fiction. No właśnie, pojęcie fiction staje się ciut innym pojęciem niż kiedyś. Teraz ta fikcja za parę lat może stać się kompletną rzeczywistością – w następnym dziesięcioleciu będziemy całkowicie zależni od urządzeń teleinformatycznych.

19 lut 2015

0

Śmierć jako główna bohaterka książki


Śmierć. Ciągle obecna w naszym życiu. Czy to dlatego z takim uwielbieniem zaczytujemy się w różnych kryminałach, thrillerach czy horrorach? Chcemy czytać o mordercach, śmierci i psychopatach, którzy czerpią z tego niewysłowioną przyjemność. Simon Beckett w swojej książce Chemia śmierci czyni śmierć główną bohaterką, która spadnie na małe miasteczko niczym grom z jasnego nieba, niwecząc ich wszędobylski spokój. Autor na początku swojej literackiej działalności był uważany za niezwykle utalentowanego, jednak dopiero po spektakularnym sukcesie historii z Davidem Hunterem w roli głównej można było uznać go za pisarza dojrzałego i świadomego. Niejedno z nas marzy o takiej karierze, jednak trzeba przyznać, że Beckett to nie tylko bardzo dobry pisarz, ale znakomity psycholog, który swoim postaciom nadaje szczegółowo określone formy. Zainteresowani? Zapraszam do lektury recenzji Chemii śmierci!   Spokojne miasteczko Manham, które żyje tylko dla siebie, nie potrzebuje nikogo z zewnątrz, nie chce obcych. Każdy tutaj zna każdego i wszyscy razem tworzą specyficzną społeczność. W tym wszystkim musi się odnaleźć David Hunter, lekarz z Londynu, który przybywa do miasta w poszukiwaniu spokoju i spowolnienia tempa swojego życia. Dawne demony odzywają się, gdy zaczynają ginąć młode kobiety. Wszystkie mają wspólną cechę - plany na życie, młodość i werwa. Wszystko zostaje brutalnie przerwany, bo jakiś psychopata czerpie niewypowiedzianą przyjemność z zabijania. Hunter wraz z policją muszą rozwiązać zagadkę tożsamości mordercy nim będzie całkowicie za późno.  Otwieram książkę i lekkie zaskoczenie. Narracja pierwszoosobowa. Myślę sobie nieee, będę się męczył jak z Igrzyskami Śmierci. Przyznaję się, nie lubię tego typu prowadzenia narracji i często ona do mnie po prostu nie przemawia. Jednak byłem niezwykle ciekawy tego międzynarodowego bestsellera Becketa i chciałem go przeczytać jak najszybciej. Dlaczego? Gdy już jakiś kryminał/thriller/horror pochłonie mnie na tyle, że nie będę się mógł oderwać, to atmosfera płynąca z książki zmusza mnie do dalszego czytania, mimo że oczy bolą i pieką. Tak, jestem fanem tego typu literatury!  Wszystko w Chemii śmierci zdaje się być kilkukrotnie przemyślane i opracowane w najwłaściwszy z możliwych sposobów. Tak naprawdę ciężko się do czegoś przyczepić i pisać źle o tej książce. Cała jej fabuła, sposób prowadzenia akcji i sylwetki poszczególnych bohaterów są nakreślone niezwykle dobrze. Może mogę ponarzekać na ich przewidywalność, bo każdy mieszkaniec Manham ma określoną rolę do odegrania i odgrywa ją z niezwykłą pieczołowitością. W ten sposób co poniektórzy są zwyczajnie nudni i nie należy specjalnie się do nich przywiązywać. Sama fabuła jest dobrze rozpisana, tak by wzbudzać w nas kolejne fale konkretnych emocji: zdziwienia, zaniepokojenia, gniewu, a na końcu strachu, który poczujemy w każdej naszej kości.   Od początku miałem wrażenie, że gram z autorem w jakąś skomplikowaną grę jego autorstwa i to on wie, jak to się wszystko skończy.  Rzeczywiście, Beckett serwuje nam kolejne informacje na złotej tacy, tylko sami nie wiemy czy mają dla nas jakaś konkretną wartość czy mają nas po prostu dezinformować. Czujemy się mamieni, oszukiwani i wystawiani na próby. Nie wiemy co wydarzy się na następnej stronie, żaden z bohaterów Chemii śmierci nie może o sobie powiedzieć, że ma krystalicznie czyste sumienie. Beckett się z nami bawi i wychodzi mu to pierwszorzędnie! Uwielbiam autorów, którzy są świadomi swojego przekazu i sensu historii, którzy bawią się z czytelnikiem i wiedzą jak wyprowadzić go na manowce.   David Hunter to człowiek o niejasnej przeszłości, próbujący ukryć informacje o własnej osobie. Jego postać gra tu pierwsze skrzypce, jednak nie wszystko kręci się wokół tajemniczych morderstw. Poznajemy lekarza jak faceta jako takiego, pełnego pasji, miłości, by stał się człowiekiem smutnym i pozbawionym jakiejkolwiek motywacji do działania. To Manham budzi w nim nowe uczucia lub te dawno zapomniane i towarzyszymy mu w tym poznawaniu, subiektywnie go oceniając. Beckett to nie tylko dobry pisarz kryminałów, ale i psycholog, który rozkłada swoje postacie na czynniki pierwsze. Wychodzi mu to znakomicie i po raz pierwszy od bardzo dawna czytało mi się takie przemyślenia z wielką przyjemnością.  Okej, jest jedna rzecz na którą mogę z czystym sumieniem ponarzekać. Mianowicie jest to zakończenie książki, które trąci amerykańskim dreszczowcem na jedynce w każdy wtorek czy środę, nie pamiętam. Może nie jest przewidywalny, ale sama historia mordercy oraz jego historia jest naciągana. W tym momencie cała powieść nabrała ciut innego wyrazu, przez co odebrałem ją jako swoiste usprawiedliwienie. Główny oportunista i końcowa akcja jest mdła i przywodzi na myśl historie bez polotu i zaangażowania ze strony czytelnika. Nie mogę Wam wprost powiedzieć o co chodzi, jednak sami możecie dojść do takiego wniosku, kiedy już przeczytacie ostatnie strony Chemii śmierci.  Jak kryminał, to trupy, a jak trupy to barwne opisy. Niektórych ponosi fantazja i piszą o zwłokach w stylu amerykańskim, barwnie i pompatycznie, jednak czytelnik nic z tego wiedzieć nie będzie. Beckett podchodzi do sprawy niezwykle uważnie, drobiazgowo, a co najważniejsze profesjonalnie. Tak jak David Hunter. Jesteśmy wprowadzani w anatomię człowieka, typowe zachowania ciała. Dowiadujemy się co wpływa na rozkład ciała i w jakim stopniu, kiedy ciało zaczyna cuchnąć, a kiedy gnić. Co je zjada i co powoduje rozkład. Wszystko dokładnie opisane, w sposób niezwykle plastyczny - każdy z nas automatycznie wyobrazi sobie dokładnie to, co chciał przedstawić autor.  Podsumowując, nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić Was do przeczytania Chemii śmierci! Na pewno część z Was ma ją już za sobą, jednak z całą odpowiedzialność polecam wszystkim tym, którzy lubią mroczne i tajemnicze historie przyprawione kilkoma trupami oraz specyficznym bohaterem głównym, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Na koniec mogę powiedzieć jedno: do końca nie będziecie wiedzieć co tak naprawdę się wydarzyło!Śmierć. Ciągle obecna w naszym życiu. Czy to dlatego z takim uwielbieniem zaczytujemy się w różnych kryminałach, thrillerach czy horrorach? Chcemy czytać o mordercach, śmierci i psychopatach, którzy czerpią z tego niewysłowioną przyjemność. Simon Beckett w swojej książce Chemia śmierci czyni śmierć główną bohaterką, która spadnie na małe miasteczko niczym grom z jasnego nieba, niwecząc ich wszędobylski spokój. Autor na początku swojej literackiej działalności był uważany za niezwykle utalentowanego, jednak dopiero po spektakularnym sukcesie historii z Davidem Hunterem w roli głównej można było uznać go za pisarza dojrzałego i świadomego. Niejedno z nas marzy o takiej karierze, jednak trzeba przyznać, że Beckett to nie tylko bardzo dobry pisarz, ale znakomity psycholog, który swoim postaciom nadaje szczegółowo określone formy. Zainteresowani? Zapraszam do lektury recenzji Chemii śmierci!

17 lut 2015

0

Komiksowo, czyli oficjalna kontynuacja kultowego Z Archiwum X!


Z Archiwum X. Ilu z Was w myślach zanuciło motyw przewodni serialu? Kultowy, wręcz legendarny serial, który został okrzyknięty najlepszym serialem XIX wieku. Ilu z Was śledziło losy i poczynania dwójki agentów specjalnych? Ilu z Was oglądało kolejne odcinki serialu późno w nocy z przysłoniętymi oczyma ze strachu? Ja również jestem wśród tej grupy, która niejako wychowała się na Z Archiwum X. Wieść o zakończeniu serii była druzgocąca i wielu fanów liczyło na wyjaśnienie większości spraw i zagadek, które mnożyły się podczas emisji. Tymczasem Chris Carte, twórca serialu nie wyjaśnił praktycznie niczego. Wizja kontynuacji była obecna praktycznie cały czas od ostatniego odcinka i każdy fan wierzył, że kiedyś znów z zapartym tchem będzie śledził losy Scully i Muldera. I tak, po wielu latach oczekiwań powstał komiks, którego współtwórcą jest pomysłodawca serialu. Wyznawcy to pierwszy zeszyt serii, która w USA została obsypana nagrodami. Jak będzie u nas?   Dwójka naszych agentów toczy spokojne życie, z dala od zjawisk paranormalnych. Sielanka nie trwa długo, bo tajemnicza organizacja włamuje się do tajnych akt FBI, wykradając wszystkie informacje o Scully i Mulderze. Jednocześnie w parku Yellowstone powstaje nowy rurociąg, który, jak się później okaże, wcale nie jest tym, czym powinien być. Tak oto moi Drodzy dostajemy w ręce oficjalną kontynuację kultowego serialu. Czy komiks będzie jej godnym następcą?  Recnezje książek i komiksów to dwa różne światy. W tym drugim nie można oceniać stylu i języka autora, tak jak w tej pierwszej nie uświadczycie opinii o kresce i użytych kolorach. Strona graficzna Wyznawców jest bardzo prosta i nieskomplikowana, ale za to bardzo miła dla oka. Kreska jest wyrazista, postacie rozpoznawalne do tego stopnia, że od razu wiemy kto jest kim. Jednak to co najważniejsze w całym komiksie to użyte kolory. Są skąpe i monotonne, jednak to właśnie mocna strona zeszytu – w ten sposób oddaje cały klimat Archiwum - jego tajemniczość i wszechogarniający strach. To właśnie te dwa czynniki zdecydowały o wielkiej popularności serialu i w Wyznawcach dostajemy dokładnie to samo!   Słowa uznania kieruję do wydawnictwa SQN, które zaryzykowało i wydało komiks w takiej, a nie innej formie. Twarda oprawa, gruby, kredowy papier, dodatkowe rysunki, w tym ten stylizowany na lata 20 ubiegłego wieku, który zachwycił mnie od samego początku. I na deser plakat I want to believe – tak, ten sam, który agent Mulder miał w swoim biurze . To nie lada gratka dla fanów całej serii, którzy wydaniem komiksu będą, co dużo mówić, zachwyceni! Z mojej strony mogę jedynie powiedzieć, że cała kolekcja komiksu będzie niezwykłą perełką w biblioteczce każdego mola czy to książkowego czy komiksowego – już nie mogę się doczekać drugiego zeszytu.  Dla fanów jest to pozycja, którą muszą nabyć – bez dwóch zdań! Oficjalna kontynuacja Archiwum zasługuje na dobrą oprawę i przemyślane zdarzenia . To wszystko otrzymujemy w Wyznawcach. Cała seria doczekała się w USA 21 (!) zeszytów, a każdy z nich był prawdziwym bestsellerem. Seria otrzymała sporo nagród, w tym dla autora koloru w komiksie Jordiego Bellariego w 2014 roku.   Pozostaje mi mieć nadzieję, że SQN postanowi wydać kolejne zeszyty serii. Wyznawcy to mocny początek, dający nadzieję na świetną kontynuację i wiele ciekawych przygód naszych ulubionych agentów tajnego archiwum FBI. Polecam i zachęcam każdego z Was do zapoznania się z Wyznawcami – otrzymacie sporą dawkę emocji, ale to co najważniejsze w całej serii, mrok, gęstą atmosferę i obezwładniające uczucie, że coś się zbliża, a Wy nie możecie nic zrobić, by temu zaradzić.Z Archiwum X. Ilu z Was w myślach zanuciło motyw przewodni serialu? Kultowy, wręcz legendarny serial, który został okrzyknięty najlepszym serialem XIX wieku. Ilu z Was śledziło losy i poczynania dwójki agentów specjalnych? Ilu z Was oglądało kolejne odcinki serialu późno w nocy z przysłoniętymi oczyma ze strachu? Ja również jestem wśród tej grupy, która niejako wychowała się na Z Archiwum X. Wieść o zakończeniu serii była druzgocąca i wielu fanów liczyło na wyjaśnienie większości spraw i zagadek, które mnożyły się podczas emisji. Tymczasem Chris Carter, twórca serialu nie wyjaśnił praktycznie niczego. Wizja kontynuacji była obecna praktycznie cały czas od ostatniego odcinka i każdy fan wierzył, że kiedyś znów z zapartym tchem będzie śledził losy Scully i Muldera. I tak, po wielu latach oczekiwań powstał komiks, którego współtwórcą jest pomysłodawca serialu. Wyznawcy to pierwszy zeszyt serii, która w USA została obsypana nagrodami. Jak będzie u nas?

15 lut 2015

0

Wiem o tobie wszystko [PRZEDPREMIEROWO]


Stalking. Do niedawna wiązany tylko z  gwiazdami, które przez swoją popularność muszą liczyć się z psychofanami, atakami i nękaniami. W dzisiejszych czasach problem nie dotyczy tylko i wyłącznie  celebrytów, bo taka sytuacja może spotkać każdego z nas. Zwłaszcza narażone są kobiety, które w oczach społeczeństwa nadal są niewinne i delikatne, przez co są łatwiejszym celem dla potencjalnego stalkera. Najgorsze w tym wszystkim jest fakt, że nękana kobieta bardzo rzadko otrzymuje wymaganą pomoc od razu - zwykle potrzeba czasu, dowodów, ludzie dopatrują się jej winy, jakoby miała podjudzać faceta do czegoś, czego on sam by nie zrobił. To nadal jest problem i często wzbudza ogromne kontrowersje i falę negatywnych emocji. To chore i ciężko z tym cokolwiek zrobić. Próbę sklasyfikowania problemu oczami ofiary podjęła się brytyjska pisarka Claire Kendal, której powieść Wiem o tobie wszystko jest literackim debiutem.    Clarissa jest nękana przez faceta, z którym się przespała. Sama jest sobie winna? Nie do końca, podejrzewa, że Rafe wrzucił jej coś do wina i uśpił, by móc ją wykorzystać. Od tamtej pory jest regularnie nachodzona i zastraszana, a policja nie może zrobić dosłownie nic. Dziewczyna bierze przykład z klasycznych porad i stosuje się do instrukcji z broszurki informacyjnej dla potencjalnych ofiar stalkingu. Zbiera dowody, stara się panować nad emocjami, wszystkie prezenty i przesyłki od dręczyciela układa w swojej szafie. Nie jest to proste zadanie, bo facet nie daje za wygraną - jest wszędzie i wie o swojej miłości życia prawie wszystko. Z drugiej strony uczestniczymy w rozprawie sądowej, w której prostytutka, oskarża o gwałt swoich pracodawców.   Okej, od razu powiedzmy sobie szczerze - temat jest naprawdę dobry i pisanie o problemach społecznych zawsze przyniesie dużą popularność książce. Stalking jest problemem na czasie, choć niewiele się o tym mówi, musi mierzyć się z nim tysiące kobiet na całym świecie. Tego typu sprawy wzbudzają niemałe kontrowersje, a książki Kendal Wiem o tobie wszystko jest klasycznym przykładem, wzorcowego stalkingu. To wręcz podręcznikowy sposób zachowania, który już na samym początku powinien być rozwiązany przez policję. Jednak tak się nie stało, co może doprowadzić do przykrych konsekwencji.  Moje wrażenia? Od początku czułem się w jakimś amerykańskim filmie, w którym mamy klasyczną ofiarę i przewidywalnego oprawcę, któremu z góry możemy przypisać określoną rolę i określone zachowania. Tak moi Drodzy, Wiem o tobie wszystko nie zaskakuje, wręcz przeciwnie - nudzi. Akcja jest do bólu przewidywalna i rozpisana schematycznie, dokładnie tak jak na warsztatach literackich, które ponoć prowadzi autorka książki. Sama fabuła nie jest oryginalna, jednak nie powinien to być zarzut jeśli weźmiemy pod uwagę tematykę książki. Jednak można było z nią coś zrobić, dodać coś od siebie, wymyślić nowe, inne rozwiązanie całego tematu. Stało się inaczej i od początku jesteśmy świadkami historii, którą mógł spisać każdy i każdy mógł ją wydać. Bez fajerwerków.  Początek powieści jest niezwykle trudny w odbiorze. Mamy świadomość, to rzecz oczywista, po przeczytaniu blurba, że książka jest o czym jest, jednak łatwe wejście w całą historię skutecznie uniemożliwia rozpisanie początkowych kart historii. Wszystko jest rozlane i wymieszane ze sobą. Ktoś pisze w pierwszej osobie, za chwilę zupełnie inną czcionką czytamy w klasycznej, trzecioosobowej formie opowieść bezstronnego widza. Dosłownie jesteśmy zalewani informacjami i wydarzeniami, o których nie wiemy co powiedzieć. Dopiero po początkowym zaskoczeniu wszystko powoli się stabilizuje i dochodzimy do wniosku, że cała powieść będzie przebiegać dwutorowo. Clarissa prowadzi dziennik, a jej poczynania i rozprawę sądową nieokreślony narrator.  Osobny akapit należy poświęcić warsztatowi i stylowi autorki oraz innym technicznym aspektom książki. Masakra. Ciężki i toporny język, styl kompletnie nieprzystosowany do współczesnego czytelnika, który potrzebuje dobrze sformułowanych porównań i akcji, przy jak najmniejszej ilości opisów wszystkiego dookoła. Uprzedzam - w książce nie dzieję się zbyt wiele. Mamy zatem sporo opisów relacji między Clarissą, a innymi uczestnikami procesu, jej ubrań, prezentów od Rafe'a, jej myśli i uczuć, jej haftów i pracy przy maszynie. Najbardziej zaskoczył mnie szczegółowy opis uszytej przez główną bohaterkę bluzki - słowa i zwroty, które niewiele mi mówiły stanowiły największą wartość przedmiotu, przez co cały jego opis był dla mnie bezużyteczny. Pani Kendal pisze topornie i widać, że jest to jej debiut, przy czym cały czas dziwi mnie fakt, że prowadzi ona warsztaty dla pisarzy. W pewnych momentach jej debiutancka powieść była dla mnie zwyczajnie nudna i potrafiłem opuścić całą stronę lub nawet dwie (!), gdy po szybkim przejrzeniu nie zawierała nic wartościowego, co by wnosiło do całej opowieści.   Męczył mnie podział na formę jedno i trzecioosobową. Nie jej sam fakt, ale niepotrzebnego wytłuszczenia i zmienienia czcionki zapisków dziennika Clarissy. Utrudnia to lekturę i sprawia, że dłużej niż godzinę nie mogłem czytać - przerwa była niezmiernie wskazana. Nie winię wydawnictwa, co to, to nie! Zakładam, że było tak i w wydaniu oryginalnym, przez co nasze polskie Akurat musiało się dostosować.   Zakończenie jest tak płytkie i banalne jak cała książka. Przewidywalność tego co się za chwilę stanie kłuje w oczy. Na początku wspominałem, że już na starcie czułem się jak na seansie taniego filmu rodem z Ameryki. Na końcowych stronach to uczucie osiągnęło apogeum, dodatkowo doprawione o zgrzyt zębów i usilne pragnienie zakończenie znajomości z Wiem o tobie wszytko. Tym bardziej dziwią mnie zachwyty innych blogerek, które przeczytały tę powieść i piszą o niej w samych superlatywach. Książka owszem, mówi o poważnym problemie, jednak nie jest to wyznacznik dobrej powieści. Jeśli jest źle rozpisana i nieprzemyślana nie zasługuje na tak wysokie oceny! Czytelnik biorąc taką książkę do ręki nie chce czytać o rozprawie sądowej, która jest kompletnie nie związana z całą historią (prócz paru, malutkich wyjątków); opisów czegoś co w ogóle nie dotyczy głównego problemu. Czytelnik chce być zaskoczony, wgryźć się w temat, poczuć jak ofiara i czuć wszechogarniający niepokój. Tego wszystkiego brakuje Wiem o tobie wszystko i nie ma się co oszukiwać - książka jest niedopracowana.  Nie wiem komu mogę ją polecić. Może kobiety inaczej odbierają całą powieść, przez co to mi umyka ogólne przesłanie historii. Do mnie taki styl i prowadzenie akcji po prostu nie przemówiło i stanowczo odradzam wszystkim facetom. Jeśli jesteście bystrzy, po około, ja wiem, 50 stronach będziecie mogli odgadnąć co stanie się na pozostałych 350. Słowa podziękowania należą się wydawnictwu Akurat, które po raz kolejny zaskoczyło blogerów i postanowiło trochę ich postraszyć. GENIALNY POMYSŁ! Jestem uradowany faktem, że jedną książką można wzbudzić tyle emocji i zapewnić jej taką kampanię promocyjną. Szkoda tylko, że Wiem o tobie wszystko jest książką, która na nią nie zasługiwała.  Za egzemplarz serdecznie dziękuję      Wydawnictwo Akurat  Data wydania 18 luty 2015  Liczba stron 414  Ocena 4/10Stalking. Do niedawna wiązany tylko z  gwiazdami, które przez swoją popularność muszą liczyć się z psychofanami, atakami i nękaniami. W dzisiejszych czasach problem nie dotyczy tylko i wyłącznie  celebrytów, bo taka sytuacja może spotkać każdego z nas. Zwłaszcza narażone są kobiety, które w oczach społeczeństwa nadal są niewinne i delikatne, przez co są łatwiejszym celem dla potencjalnego stalkera. Najgorsze w tym wszystkim jest fakt, że nękana kobieta bardzo rzadko otrzymuje wymaganą pomoc od razu - zwykle potrzeba czasu, dowodów, ludzie dopatrują się jej winy, jakoby miała podjudzać faceta do czegoś, czego on sam by nie zrobił. To nadal jest problem i często wzbudza ogromne kontrowersje i falę negatywnych emocji. To chore i ciężko z tym cokolwiek zrobić. Próbę sklasyfikowania problemu oczami ofiary podjęła się brytyjska pisarka Claire Kendal, której powieść Wiem o tobie wszystko jest literackim debiutem.