• Recenzje

    Nie boję się skrytykować beznadziejnej książki, chwalę dobrze napisane. Jestem subiektywny, nie piszę pod publikę.

  • Felietony

    Relacje z wydarzeń, porady dla początkujących i moje własne przemyślenia na temat blogosfery.

  • Gry

    Gry planszowe i karciane traktuję tak samo jak książki. To świetna alternatywa na nudne wieczory, czy spotkania z przyjaciółmi.

  • Sztuka

    Sztuka ciągle pojawia się w moim życiu pod różnymi postaciami. Chcę ją pokazać Wam w subiektywnym świetle, jednocześnie obnażając najdziwniejsze pomysły na dzieło sztuki.

12 lip 2015

0

Kamil gra #24 Czy jesteś wystarczająco dobry, żeby prowadzić pizzerię?


Prowadzenie własnego biznesu nie jest wcale taką prostą sprawą. Nie mówiąc już o trudnych początkach, założeniu prężnie rozwijającego się przedsiębiorstwa. To ciężka praca, pochłaniająca dużo czasu, praktycznie wykluczając z naszego życia jakiekolwiek chwile tylko dla siebie. A co, gdyby taki biznes przenieść na planszę gry? Gdyby taka gra sprawdzała nasze umiejętności menadżerskie, pokazując w jaki sposób obchodzimy się z zarobioną gotówką, jak spłacamy kredyt? Wydawnictwo Wiedźma wydało grę planszową, w której naszym zadaniem jest jak najlepsze prowadzenie własnej pizzerii - przedstawiam Wam "Pizza Wars"!

17 cze 2015

0

Kamil gra #21 Asteriks i Obeliks na grze planszowej!



Jeżeli ktoś z Was nie wie kim był Rene Goscinny, może schować głowę w piasek. Legenda europejskiego komiksu, twórca Lucky Luka i nieśmiertelnych Galów. Tak moi Drodzy, francuski pisarz dał początek przygodom dwóch, bardzo sympatycznych Galów - Asteriksowi i Obeliksowi. Liczne ekranizacje, kolejne tomy komiksu przypieczętowały pozycję Goscinnego jako jednego z najlepszych scenarzystów europejskiego komiksu. Asteriks i Obelix to nie tylko komiks i filmy, ale również i gry! Wydawnictwo Egmont posiada prawa do wydawania gier planszowych z wizerunkiem Galów i tym razem proponuje nam prostą i szybką grę, w której liczy się przede wszystkim umiejętność zapamiętywania. Jak wyszło? Tego dowiecie się w poniższej recenzji.  Małej wielkości pudełko "Asteriksa: Wielkiej wyprawy" skrywa następujące komponenty - 12 dużych kart lokacji, 5 pionków bohaterów z podstawkami, żeton wioski i 25 hełmów rzymskich. Ilustracje stoją na wysokim poziomie, prezentują bohaterów i lokacje, które mogliśmy poznać z komiksu czy różnych kreskówek. Karty lokacji są dość cienkie i łatwo się wyginają, co może skutkować ich niszczeniem po kilkunastu partiach - mogłyby być ciut grubsze, zwłaszcza jeśli do gry zasiądą dzieci - nie dbają one o gry tak jak dorośli.    O co w tym chodzi? Dwanaście kart lokacji ustawiamy w duży okrąg, hełmy wrzucamy do środka, obok z jednej kart ustawiamy znacznik wioski - ta lokacja będzie tą startową. Wybieramy swojego bohatera, kładziemy na początkowej lokacji i możemy grać! Swoimi postaciami poruszamy w jeden sposób, wybieramy jedną z kart, które leżą ZA naszą postacią (poruszamy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara), odwracamy ją i przesuwamy naszego herosa na najbliższą jemu tą samą lokację, która widnieje na odwrocie karty. Co ważne, odwracana karta musi leżeć pomiędzy plecami naszej postaci, a następną postacią współzawodnika. Jeśli za nami jest heros przeciwnika - cóż, tracimy swoją kolejkę.    Jak to wygląda w praktyce? Za każde ukończone okrążenie otrzymujemy jeden hełm. Gdy uzbieramy ich pięć sztuk, zakończymy nasz ruch na karcie startowej wygrywamy. Jeśli nie uda się trafić na lokację początkową, możemy zrobić dodatkowe 3 okrążenia, ale wtedy już nie dostajemy hełmów, musimy te okrążenie zapamiętać. "Asteriks: Wielka wyprawa" sprowadza się do jednej, niezwykle istotnej rzeczy - zapamiętywania kolejnych kart. Bez tego możemy poruszać się po okręgu w żółwim tempie, a frustracja przy kolejnej odkrycie karcie będzie proporcjonalnie rosnąć. To bardzo ważny element, jeśli chodzi o grę z dzieciakami - mają one okazję wykazać się pamięcią, poćwiczyć ją i po prostu wzmocnić. A przy tym dobrze się bawić.   "Asteriks: Wielka wyprawa" dobrze sprawdza się przy większym gronie. Przy rozgrywce dwuosobowej po kilku partiach staje się nużąca - duży wybór odkrywanych kart skutecznie przeszkadza w ich zapamiętaniu, co wprowadza lekki chaos. Przy rozgrywce 3+ frajda jest nieco większa - na planszy panuje spory ścisk, można kogoś zablokować, komuś przeszkodzić i kombinować tak, by jak najszybciej wygrać. Najwięcej emocji dostarczają oczywiście końcowe fazy rozgrywki - ktoś uzbierał 5 hełmów, nie może trafić na kartę początkową, my przyspieszamy naszą postać, byleby tylko wygrać. Mechanizm z dodatkowymi trzema okrążeniami bardzo dobrze sprawdza się właśnie w takich sytuacjach - gdyby gra sprowadzała się do zrobienia 5 kółek, odłożyłbym ją po maksymalnie 3 partiach na półkę, by zbierała kurz.   Co nie zmienia faktu, że regrywalność "Asteriksa: Wielkiej wyprawy" stoi na wysokim poziomie. To dobry przerywnik między cięższymi tytułami, szybka i łatwa. Zajmuje jednak dość sporo miejsca, utworzenie okręgu z 12 kart na małym stoliku okazało się czynnością niemożliwą do zrealizowania. "Wielka wyprawa" sprawdzi się dobrze przy gronie znajomych, którzy nie chcą myśleć i kombinować jak w grach strategicznych, a po prostu dobrze się bawić.    Przyczepię się ciut do ceny. Cztery dyszki to nie dużo jak na grę planszową, jednak zawartość pudełka sugeruje, że "Asteriks: Wielka wyprawa" powinna być trochę tańsza. Mamy plastikowe podstawki, kartonowe figurki postaci, hełmy i dość cienkie karty - nie jest tego dużo. Oczywiście na innych stronach z grami planszowymi czy książkami kupicie tę grę dużo taniej - wystarczy dobrze poszukać.   Gra jest w porządku. Bez szczególnych fajerwerków, bez zachwytów, ale i też bez ostrych słów krytyki. Myślę, że dobrze sprawdzi się dla dzieciaków, które można w ten sposób wprowadzić w świat gier planszowych, nie wysilając zbytnio ich szarych komórek. Klimatyczne ilustracje z genialnego komiksu, skutecznie podsycają atmosferę, a i jest tutaj sporo rywalizacji - czyli tego co dzieci lubią szczególnie. To właśnie im polecam tę grę i ich rodzicom - dużo frajdy, ciekawa mechanika, ćwiczenie pamięci, niejako preludium do innych tytułów. Swój egzemplarz "Asteriksa: Wielkiej wyprawy" zachowam, ale nie będzie zbyt często gościł na naszym stole - dobra rozgrywka przy kilku partiach, potem może się po prostu znudzić.Jeżeli ktoś z Was nie wie kim był Rene Goscinny, może schować głowę w piasek. Legenda europejskiego komiksu, twórca Lucky Luka i nieśmiertelnych Galów. Tak moi Drodzy, francuski pisarz dał początek przygodom dwóch, bardzo sympatycznych Galów - Asteriksowi i Obeliksowi. Liczne ekranizacje, kolejne tomy komiksu przypieczętowały pozycję Goscinnego jako jednego z najlepszych scenarzystów europejskiego komiksu. Asteriks i Obelix to nie tylko komiks i filmy, ale również i gry! Wydawnictwo Egmont posiada prawa do wydawania gier planszowych z wizerunkiem Galów i tym razem proponuje nam prostą i szybką grę, w której liczy się przede wszystkim umiejętność zapamiętywania. Jak wyszło? Tego dowiecie się w poniższej recenzji.

21 mar 2015

0

Kamil gra #15 Pan tu nie stał! Demoludy


Kto z Was pamięta ogromne kolejki za czasów PRL-u? Zapewne znajdą się takie osoby, jednak ja tych czasów nie znam, urodziłem się ciut później. Nie czuję tego klimatu, nie wiem jak to było stać parę godzin po papier toaletowy czy mięso, nie znam uczucia ogromnej frustracji, gdy już podeszło się do lady, a na półkach hulał wiatr. Żyję w czasach, gdzie wszystko mam dostępne od ręki, a większość rzeczy mogę kupić przez Internet niezbyt się przy tym wysilając. Jednak co powiecie na grę, w której walczycie o towary, zażarcie licytujecie, jedziecie za granicę, by zdobyć parę nowych adidasów czy piękny, wielki, 25 calowy telewizor? Jeśli lubicie takie klimaty czytajcie dalej, Pan tu nie stał! Demoludy na pewno Was zainteresują!

8 gru 2014

0

Kamil gra #9 Dasz się porwać Mumii?


Gry familijne to idealne rozwiązanie, na długie, zimowe wieczory, zwłaszcza teraz, gdy zbliżają się święta, a my spędzimy te parę dni ze swoimi rodzinami. Obżarstwa nie będzie końca, atmosfera iście świąteczna da się we znaki każdemu. Będziemy mogli trochę odpocząć od dnia codziennego i posiedzieć w domu. Czemu by nie zachęcić członków rodziny do wspólnej gry? Wydawnictwo Egmont proponuje idealne rozwiązanie na takie chwile, bo Mumia. Wyścig w bandażach to bardzo prosta i zarazem emocjonująca gra planszowa, która spodoba się zarówno tym małym jak i tym ciut większym. Zapraszam do lektury recenzji!   Mumia to gra familijna przeznaczona dla 2-6 graczy w wieku od 8 lat. Tak naprawdę dzieciaki w mig zrozumieją o co w niej chodzi. Otwierając pudełko znajdziemy w nim dobrze napisaną instrukcję obsługi, kafelki, mumię, drewnianych strażników, naszych podróżników, kostki, i żetony, które przydadzą się w bardziej zaawansowanej rozgrywce. Wszystko zostało wydane solidnie, gruba tektura świadczy, że będziemy mogli rozegrać takich partii naprawdę sporo, zanim coś zacznie się niszczyć.  Gra jest bardzo prosta - rzucamy kością i w zależności od tego co na nich wypadnie, możemy poruszać się swoimi pionkami, strażnikami lub tytułową mumią. Musimy przejść naszymi poszukiwaczami całą planszę zbierając po drodze wszystkie kafelki na których się zatrzymamy. Każdy z nich ma określoną liczbę punktów dodatnich lub ujemnych, które jest wart przy końcowym podliczaniu. Nie jest to jednak takie proste, bo na co lepszych kafelkach stoją strażnicy, którymi możemy się poruszać tylko i wyłącznie gdy na tym samym polu stoi mumia lub któryś z pionków. Co do samej mumii, nie jest ona taka straszna - biega po całej planszy razem z podróżnikami, a gdy przejdzie linię mety dostajemy dodatkowe punkty, a sam stwór ląduje na polu startowym i tak w kółko, aż wszyscy podróżnicy nie przekroczą linii mety.   W tę grę można grać na dwa sposoby - kombinować i myśleć tak, byśmy zebrali jak najmniej ujemnych kafelków, starając się przejść plansze jak najszybciej lub zbierać ujemne, by można przemienić je w dodatnie za pomocą specjalnych kafelków z wielbłądami. Po drodze można troszkę poprzeszkadzać innym graczom, zbierając co lepsze kafle, poruszając strażnikami by przeciwnik musiał zbierać same najgorsze. Opcji mamy dość sporo i przy każdej partii można się naprawdę nieźle bawić.  Grę urozmaicają cztery, dodatkowe warianty, jakimi możemy się posłużyć podczas rozgrywki. Podnoszą one ciut poprzeczkę, wprowadzają bardziej negatywną interakcję między graczami, a przede wszystkim są kolejnym dowodem na to, że kafelkowe gry są nieprawdopodobnie regrywalne. To jest największa zaleta Mumii i nie można się z tym nie zgodzić - tylko od nas zależy układ poszczególnych kafli, a co za tym idzie nasza taktyka na "wypuszczanie" kolejnych pionków na planszę.  Gry familijne to idealne rozwiązanie, na długie, zimowe wieczory, zwłaszcza teraz, gdy zbliżają się święta, a my spędzimy te parę dni ze swoimi rodzinami. Obżarstwa nie będzie końca, atmosfera iście świąteczna da się we znaki każdemu. Będziemy mogli trochę odpocząć od dnia codziennego i posiedzieć w domu. Czemu by nie zachęcić członków rodziny do wspólnej gry? Wydawnictwo Egmont proponuje idealne rozwiązanie na takie chwile, bo Mumia. Wyścig w bandażach to bardzo prosta i zarazem emocjonująca gra planszowa, która spodoba się zarówno tym małym jak i tym ciut większym. Zapraszam do lektury recenzji!   Mumia to gra familijna przeznaczona dla 2-6 graczy w wieku od 8 lat. Tak naprawdę dzieciaki w mig zrozumieją o co w niej chodzi. Otwierając pudełko znajdziemy w nim dobrze napisaną instrukcję obsługi, kafelki, mumię, drewnianych strażników, naszych podróżników, kostki, i żetony, które przydadzą się w bardziej zaawansowanej rozgrywce. Wszystko zostało wydane solidnie, gruba tektura świadczy, że będziemy mogli rozegrać takich partii naprawdę sporo, zanim coś zacznie się niszczyć.   Gra jest bardzo prosta - rzucamy kością i w zależności od tego co na nich wypadnie, możemy poruszać się swoimi pionkami, strażnikami lub tytułową mumią. Musimy przejść naszymi poszukiwaczami całą planszę zbierając po drodze wszystkie kafelki na których się zatrzymamy. Każdy z nich ma określoną liczbę punktów dodatnich lub ujemnych, które jest wart przy końcowym podliczaniu. Nie jest to jednak takie proste, bo na co lepszych kafelkach stoją strażnicy, którymi możemy się poruszać tylko i wyłącznie gdy na tym samym polu stoi mumia lub któryś z pionków. Co do samej mumii, nie jest ona taka straszna - biega po całej planszy razem z podróżnikami, a gdy przejdzie linię mety dostajemy dodatkowe punkty, a sam stwór ląduje na polu startowym i tak w kółko, aż wszyscy podróżnicy nie przekroczą linii mety.  W tę grę można grać na dwa sposoby - kombinować i myśleć tak, byśmy zebrali jak najmniej ujemnych kafelków, starając się przejść plansze jak najszybciej lub zbierać ujemne, by można przemienić je w dodatnie za pomocą specjalnych kafelków z wielbłądami. Po drodze można troszkę poprzeszkadzać innym graczom, zbierając co lepsze kafle, poruszając strażnikami by przeciwnik musiał zbierać same najgorsze. Opcji mamy dość sporo i przy każdej partii można się naprawdę nieźle bawić.  Grę urozmaicają cztery, dodatkowe warianty, jakimi możemy się posłużyć podczas rozgrywki. Podnoszą one ciut poprzeczkę, wprowadzają bardziej negatywną interakcję między graczami, a przede wszystkim są kolejnym dowodem na to, że kafelkowe gry są nieprawdopodobnie regrywalne. To jest największa zaleta Mumii i nie można się z tym nie zgodzić - tylko od nas zależy układ poszczególnych kafli, a co za tym idzie nasza taktyka na "wypuszczanie" kolejnych pionków na planszę.   Nie da się ukryć, że losowość mamy naprawdę sporą, jednak nie przeszkadza ona na tyle, by nie kombinować na swój własny sposób i nie obrać idealnej taktyki - możliwości ruchu mamy sporo.. No chyba, że ktoś ma pecha i cały czas musi poruszać się mumią, wtedy musi się liczyć z tym, że wszystkie lepsze kafelki zostaną zebrane. Jednak negatywna interakcja, którą, no cóż lubię wykorzystywać, daje sporo frajdy i można uprzykrzyć życie niejednemu przeciwnikowi.  Jedyna wada gry, to możliwe zniechęcenie po kilku partiach. Nie każdego ta gra usatysfakcjonuje, nie każdemu się spodoba - jak z każdą grą planszową. Jak każda gra familijna czy rodzinna, najlepiej sprawdza się przy wariancie 3+ przy czym każdy z graczy powinien być na maksa zaangażowany w końcowe zwycięstwo - wtedy gra nabiera odpowiednich rumieńców, a tytułowy wyścig nabiera prawdziwego znaczenia. Jednak przy dwuosobowej rozgrywce Mumia również sprawdzi się znakomicie, co mogę powiedzieć z czystym sumieniem - wraz z Lubą bawiliśmy się naprawdę dobrze!  Niewątpliwie Mumia. Wyścig w bandażach zadowoli zarówno początkujących fanów gier planszowych jak i starych wyjadaczy. Główną zaletą gry jest regrywalność, przy stosunkowo wysokiej losowości i tak znajdziemy miejsce na wybranie odpowiedniej taktyki. Grafika poszczególnych elementów jest miła dla oka i przyciąga spojrzenie, a cała rozgrywka nabiera niepowtarzalnej atmosfery, niebezpiecznej wyprawy do egipskich grobowców. Jeśli szukacie dobrej gry, na zbliżające się świąteczne, długie zimowe wieczory to Mumia. Wyścig w bandażach będzie idealnym rozwiązaniem!   Za dobrą zabawę dziękuję     Wydawnictwo Egmont  Data wydania 2014  Sugerowana cena detaliczna 99,99 zł  Ocena 4+/6Nie da się ukryć, że losowość mamy naprawdę sporą, jednak nie przeszkadza ona na tyle, by nie kombinować na swój własny sposób i nie obrać idealnej taktyki - możliwości ruchu mamy sporo.. No chyba, że ktoś ma pecha i cały czas musi poruszać się mumią, wtedy musi się liczyć z tym, że wszystkie lepsze kafelki zostaną zebrane. Jednak negatywna interakcja, którą, no cóż lubię wykorzystywać, daje sporo frajdy i można uprzykrzyć życie niejednemu przeciwnikowi.  Jedyna wada gry, to możliwe zniechęcenie po kilku partiach. Nie każdego ta gra usatysfakcjonuje, nie każdemu się spodoba - jak z każdą grą planszową. Jak każda gra familijna czy rodzinna, najlepiej sprawdza się przy wariancie 3+ przy czym każdy z graczy powinien być na maksa zaangażowany w końcowe zwycięstwo - wtedy gra nabiera odpowiednich rumieńców, a tytułowy wyścig nabiera prawdziwego znaczenia. Jednak przy dwuosobowej rozgrywce Mumia również sprawdzi się znakomicie, co mogę powiedzieć z czystym sumieniem - wraz z Lubą bawiliśmy się naprawdę dobrze!  Niewątpliwie Mumia. Wyścig w bandażach zadowoli zarówno początkujących fanów gier planszowych jak i starych wyjadaczy. Główną zaletą gry jest regrywalność, przy stosunkowo wysokiej losowości i tak znajdziemy miejsce na wybranie odpowiedniej taktyki. Grafika poszczególnych elementów jest miła dla oka i przyciąga spojrzenie, a cała rozgrywka nabiera niepowtarzalnej atmosfery, niebezpiecznej wyprawy do egipskich grobowców. Jeśli szukacie dobrej gry, na zbliżające się świąteczne, długie zimowe wieczory to Mumia. Wyścig w bandażach będzie idealnym rozwiązaniem!   Za dobrą zabawę dziękuję  Gry familijne to idealne rozwiązanie, na długie, zimowe wieczory, zwłaszcza teraz, gdy zbliżają się święta, a my spędzimy te parę dni ze swoimi rodzinami. Obżarstwa nie będzie końca, atmosfera iście świąteczna da się we znaki każdemu. Będziemy mogli trochę odpocząć od dnia codziennego i posiedzieć w domu. Czemu by nie zachęcić członków rodziny do wspólnej gry? Wydawnictwo Egmont proponuje idealne rozwiązanie na takie chwile, bo Mumia. Wyścig w bandażach to bardzo prosta i zarazem emocjonująca gra planszowa, która spodoba się zarówno tym małym jak i tym ciut większym. Zapraszam do lektury recenzji!   Mumia to gra familijna przeznaczona dla 2-6 graczy w wieku od 8 lat. Tak naprawdę dzieciaki w mig zrozumieją o co w niej chodzi. Otwierając pudełko znajdziemy w nim dobrze napisaną instrukcję obsługi, kafelki, mumię, drewnianych strażników, naszych podróżników, kostki, i żetony, które przydadzą się w bardziej zaawansowanej rozgrywce. Wszystko zostało wydane solidnie, gruba tektura świadczy, że będziemy mogli rozegrać takich partii naprawdę sporo, zanim coś zacznie się niszczyć.   Gra jest bardzo prosta - rzucamy kością i w zależności od tego co na nich wypadnie, możemy poruszać się swoimi pionkami, strażnikami lub tytułową mumią. Musimy przejść naszymi poszukiwaczami całą planszę zbierając po drodze wszystkie kafelki na których się zatrzymamy. Każdy z nich ma określoną liczbę punktów dodatnich lub ujemnych, które jest wart przy końcowym podliczaniu. Nie jest to jednak takie proste, bo na co lepszych kafelkach stoją strażnicy, którymi możemy się poruszać tylko i wyłącznie gdy na tym samym polu stoi mumia lub któryś z pionków. Co do samej mumii, nie jest ona taka straszna - biega po całej planszy razem z podróżnikami, a gdy przejdzie linię mety dostajemy dodatkowe punkty, a sam stwór ląduje na polu startowym i tak w kółko, aż wszyscy podróżnicy nie przekroczą linii mety.  W tę grę można grać na dwa sposoby - kombinować i myśleć tak, byśmy zebrali jak najmniej ujemnych kafelków, starając się przejść plansze jak najszybciej lub zbierać ujemne, by można przemienić je w dodatnie za pomocą specjalnych kafelków z wielbłądami. Po drodze można troszkę poprzeszkadzać innym graczom, zbierając co lepsze kafle, poruszając strażnikami by przeciwnik musiał zbierać same najgorsze. Opcji mamy dość sporo i przy każdej partii można się naprawdę nieźle bawić.  Grę urozmaicają cztery, dodatkowe warianty, jakimi możemy się posłużyć podczas rozgrywki. Podnoszą one ciut poprzeczkę, wprowadzają bardziej negatywną interakcję między graczami, a przede wszystkim są kolejnym dowodem na to, że kafelkowe gry są nieprawdopodobnie regrywalne. To jest największa zaleta Mumii i nie można się z tym nie zgodzić - tylko od nas zależy układ poszczególnych kafli, a co za tym idzie nasza taktyka na "wypuszczanie" kolejnych pionków na planszę.   Nie da się ukryć, że losowość mamy naprawdę sporą, jednak nie przeszkadza ona na tyle, by nie kombinować na swój własny sposób i nie obrać idealnej taktyki - możliwości ruchu mamy sporo.. No chyba, że ktoś ma pecha i cały czas musi poruszać się mumią, wtedy musi się liczyć z tym, że wszystkie lepsze kafelki zostaną zebrane. Jednak negatywna interakcja, którą, no cóż lubię wykorzystywać, daje sporo frajdy i można uprzykrzyć życie niejednemu przeciwnikowi.  Jedyna wada gry, to możliwe zniechęcenie po kilku partiach. Nie każdego ta gra usatysfakcjonuje, nie każdemu się spodoba - jak z każdą grą planszową. Jak każda gra familijna czy rodzinna, najlepiej sprawdza się przy wariancie 3+ przy czym każdy z graczy powinien być na maksa zaangażowany w końcowe zwycięstwo - wtedy gra nabiera odpowiednich rumieńców, a tytułowy wyścig nabiera prawdziwego znaczenia. Jednak przy dwuosobowej rozgrywce Mumia również sprawdzi się znakomicie, co mogę powiedzieć z czystym sumieniem - wraz z Lubą bawiliśmy się naprawdę dobrze!  Niewątpliwie Mumia. Wyścig w bandażach zadowoli zarówno początkujących fanów gier planszowych jak i starych wyjadaczy. Główną zaletą gry jest regrywalność, przy stosunkowo wysokiej losowości i tak znajdziemy miejsce na wybranie odpowiedniej taktyki. Grafika poszczególnych elementów jest miła dla oka i przyciąga spojrzenie, a cała rozgrywka nabiera niepowtarzalnej atmosfery, niebezpiecznej wyprawy do egipskich grobowców. Jeśli szukacie dobrej gry, na zbliżające się świąteczne, długie zimowe wieczory to Mumia. Wyścig w bandażach będzie idealnym rozwiązaniem!   Za dobrą zabawę dziękuję     Wydawnictwo Egmont  Data wydania 2014  Sugerowana cena detaliczna 99,99 zł  Ocena 4+/6 http://www.egmont.pl/   Wydawnictwo Egmont  Data wydania 2014  Sugerowana cena detaliczna 99,99 zł  Ocena 4+/6
Gry familijne to idealne rozwiązanie, na długie, zimowe wieczory, zwłaszcza teraz, gdy zbliżają się święta, a my spędzimy te parę dni ze swoimi rodzinami. Obżarstwa nie będzie końca, atmosfera iście świąteczna da się we znaki każdemu. Będziemy mogli trochę odpocząć od dnia codziennego i posiedzieć w domu. Czemu by nie zachęcić członków rodziny do wspólnej gry? Wydawnictwo Egmont proponuje idealne rozwiązanie na takie chwile, bo Mumia. Wyścig w bandażach to bardzo prosta i zarazem emocjonująca gra planszowa, która spodoba się zarówno tym małym jak i tym ciut większym. Zapraszam do lektury recenzji!

25 lis 2014

0

Kamil gra #8 Apacze i Komancze. Zostań władcą prerii!


Czy to na lekcjach historii czy różnorakich westernach stykamy się z Indianami i ich krwawą i smutną historią. Żyjący w zgodzie z naturą, z niesamowitym szacunkiem podchodzili do natury i jej darów. Ich rytuały przeszły do legendy. Dzieciaki na balach przebierańców często noszą (zwłaszcza przedstawiciele płci brzydkiej) indiańskie stroje, kołczany, pióropusze i wydają przy tym dziwaczne okrzyki, podkreślając to wszystko tańcem wokół wyimaginowanego ogniska. Gra planszowa Apacze i Komancze pozwala nam wcielić się w rolę przywódcy małej grupy Indian, którzy pragną rozwijać swój obóz w małą społeczność, z dala od problemów i ludzi Wschodu. Apacze i Komancze to gra strategiczna, która wymaga od nas skupienia, przewidywania i dobrej organizacji. Jak wygląda mechanika gry? Zapraszam do lektury.  Jesteś indiańskim wodzem, który walczy o dominacje na prerii. Twoim głównym zadaniem jest zdobywanie zasobów, budowa tipi oraz czółen, które pozwolą Ci zdobyć przewagę nad przeciwnikami. Wygrasz tylko i wyłącznie swojej strategii, która pozwoli Ci zgromadzić najwięcej zwierząt na Twoich terenach. Jednak żeby je zdobyć potrzebujesz ludzi - swoich Indian, którzy wybudują tipi i czółna, czym zaznaczysz, do których terenów rościsz sobie prawa.  Ilustracja na okładce zachęca i pobudza wyobraźnię o epickich walkach o terytorium i niesamowitej przygodzie jaką przeżyjemy. W środku zastajemy kafelki (bardzo popularna w ostatnich czasach forma gier, będąca zaświadczeniem o różnorakich typach rozgrywki) na których znajdują się trzy obszary - góry, w których znajdziemy indyki, prerie z bizonami i rzeki z pstrągami. Indian imitują kolorowe sześciany, które niezbyt wiernie oddają ich wygląd. Mamy oczywiście tabliczki z tipi i czółnami, które są i nie wzbudzają większych emocji. Najważniejsza jest plansza na której będziesz zaznaczał swoje akcje - takich w ciągu Twojej rundy możesz zrobić 4 na 6 możliwych, przy czym obowiązkowym jest wprowadzenie nowej tabliczki do gry.   Przedzierając się przez kolejne zdania instrukcji można się lekko pogubić w nadmiarze możliwości i ogólnych zasad, dlatego przyjęliśmy znaną wszystkim zasadę wyjdzie w grze. Jak się później okazało rozgrywka nie jest trudna, tylko trzeba w nią wsiąknąć i podejść z odpowiednim nastawieniem, Nie będziesz walczył z innymi graczami, chyba że o zasoby, przy czym każdy coś tam dostanie, nawet jeśli jesteś czwarty w kolejce. Oczywiście, każdy powinien dążyć do rozbudowy swoich tipi i czółen, jednak najważniejszą akcją w grze jest wprowadzanie Indian. Tylko dzięki nim zyskujesz przewagę i dlatego musisz bardzo rozsądnie wybrać ich ilość. Tutaj nie chodzi tylko o budowę i zdobywanie terenu, ale o wyprzedanie przeciwnika, kombinowanie w taki sposób by ten zdobył jak najmniej surowców.  A tych ubywa z każdą turą - na głównej tabliczce widnieją wszystkie koszta związane z ruchem, kupowaniem tipi, Indian oraz czółen. Wszystko ma swoją cenę i musisz wykazać się iście ekonomiczną precyzją w doborze mieszkańców jak i zasięgu terytorialnym. W Apaczach i Komanczach żadne ze zwierząt nie jest priorytetem, najlepszym wyjściem jest mieć wszystkich po trochu, by w ostatecznym rozrachunku zostawić daleko w tyle swoich przeciwników. Jak już wspomniałem nie ma tutaj żadnych potyczek między graczami, więc gra przypomina trochę grę typu area control, w której musisz skupić się na kontrolowaniu terenu.   Gra kończy się wraz z ostatnią tabliczką, przy czym jej długość zależy od graczy, którzy uczestniczą w rozgrywce. W dwuosobowej grze bawiliśmy się około 35 minut, jednak trzeba podkreślić, że z początku musieliśmy zrozumieć poszczególne zasady, które wkrótce stały się bardzo proste. Tutaj pojawia się pytanie czy informacja na pudełku, mówiąca, że gra jest przeznaczona dla osób od 10 roku życia jest prawdziwa. Skłaniałbym się ku opcji, że lepiej podwyższyć ten wiek przynajmniej do 15, bo Apacze i Komancze to gra, w której liczy się strategiczne myślenie, obranie jakiejś taktyki, a grubsza możemy przyjąć, że młodszym dzieciakom zależy na rozrywce i ubijaniu przeciwników :)  Technicznie rzec biorąc, gra jest wydana solidnie - kafelki, tabliczki z tipi oraz czółnami, kolorowe bloczki - wszystkie te elementy wydają się trwałe, które będą nam służyć długi czas. Ilustracje są ładne, a mnie najbardziej rozbawił żubr/bizon, który spogląda na nas z dna pudełka - no jak żywy z jakiejś staroamerykańskiej prerii.   Kończąc, muszę przyznać, że Apacze i Komancze idealnie wpasowały się w moje upodobania - kombinowania, zmyślna taktyka - po kilku partiach można jednak poczuć lekkie znużenie, dlatego warto tą grę dawkować sobie w odpowiednich dawkach. Nie nastawiajcie się na fajerwerki - to gra dobra, jednak czegoś tutaj brakuje do pełni szczęścia. To ciekawa pozycja dla początkujących strategów, którzy chcą poćwiczyć przed prawdziwymi wyzwaniami. Mimo nikłej interakcji miedzy graczami gra może wydawać się trudna, jednak walka o tereny pokaże jest prawdziwym władcą prerii.
Czy to na lekcjach historii czy różnorakich westernach stykamy się z Indianami i ich krwawą i smutną historią. Żyjący w zgodzie z naturą, z niesamowitym szacunkiem podchodzili do natury i jej darów. Ich rytuały przeszły do legendy. Dzieciaki na balach przebierańców często noszą (zwłaszcza przedstawiciele płci brzydkiej) indiańskie stroje, kołczany, pióropusze i wydają przy tym dziwaczne okrzyki, podkreślając to wszystko tańcem wokół wyimaginowanego ogniska. Gra planszowa Apacze i Komancze pozwala nam wcielić się w rolę przywódcy małej grupy Indian, którzy pragną rozwinąć swój obóz w małą społeczność, z dala od problemów i ludzi Wschodu. Apacze i Komancze to gra strategiczna, która wymaga od nas skupienia, przewidywania i dobrej organizacji. Jak wygląda mechanika gry? Zapraszam do lektury.